28.08.2006

kolekcja - stan na koniec sierpnia

i znowu zaskoczenie, że nic nie ubyło, a raczej przybyło. jak to możliwe, przecież ciągle coś sprzedaję na allegro!

Alexander McQueen Kingdom 10
Bvlgari Eau Parfumee au The Blanc 40
Cacharel Anais Anais 30
Calvin Klein Escape 15
Calvin Klein Truth Lush 50
Carolina Herrera Carolina 50
Caron Aimez-moi 100
Carven Ma Griffe 30
Celine Oriental Summer 50
Cerruti Image 75
Chanel Allure Sensuelle 50
Christian Dior Addict 50
Christian Dior Addict eau Fraiche 100
Christian Dior Dune 50
Christian Dior Eau de Dolce Vita 100
Christian Dior Hypnotic Poison 50
Christian Dior Pure Poison 50
Christian Dior Tendre Poison 30
Costume National Scent 100
Costume National Scent Intense 100
Costume National Scent Sheer 100
Davidoff Goodlife 30
Dyptique Philosykos 50
Donna Karan Cashmere Mist 50
Elizabeth Arden 5th Avenue 15
Escada Collection 50
Escada Margaretha Ley 30
Escada Que Viva 30
Estee Lauder Youth Dew 28
Giorgio Armani Mania 100
Giorgio Armani Mania 100
Givenchy Eau Torride 100
Givenchy Organza 30
Givenchy Organza Indecence 100
Gucci Envy 30
Guerlain Anisia Bella 125
Guerlain L'Heure Bleue 50
Guerlain Mahora 75
Guerlain Pamplelune 75
Guerlain Shalimar 75
Guerlain Winter Delice 125
Helmut Lang EdP 50
Hermes 24, Faubourg 50
Hermes Caleche Eau Delicate 50
Issey Miyake Le Feu 75
Jil Sander Sensations 40
Kenzo Jungle Elephant 50
Kenzo Jungle Tigre 100
Kenzo Jungle Tigre 50
Kenzo Le Monde Est Beau 50
Kenzo L'eau par Kenzo 100
Kenzo L'eau par Kenzo męskie 30
Lanvin Oxygene 50
Mont Blanc Presence d'une Femme 10
Montana Just Me 30
Nina Ricci Belle de Minuit 50
Nina Ricci Cherry Fantasy 50
Oscar de la Renta Intrusion 25
Pascal Morabito Miss Morabito 50
Pollena Eva Eva 30
Prada Prada 30
Serge Lutens Ambre Sultan 50
Serge Lutens Chergui 50
Shiseido Feminite du Bois 50
Shiseido Zen 50
Shiseido Basala 50
Thierry Mugler Amen 100
Vanderbilt Gloria Vanderbilt 30
Victor&Rolf Flowerbomb 50
Victorias Secret Very Sexy for Him 50
Yohji Yamamoto Yohji Yamamoto 75
Yohji Yamamoto Yohji Homme 50
YSL Nu 50
YSL Opium Fleur de Shanghai 100

74 razem, pocieszam się, że aż 4 mojego męża... taa...

Podsumowałam pojemności - wychodzi na to, że trzymam po szafkach ponad 4 litry płynów w małych buteleczkach. to już niemal alkoholizm.

11.08.2006

Bigarade Concentree - Editions de Parfums Frederic Malle

Niezwykle orzeźwiajacy, musująco-cytrusowy, a przy tym bogaty, siłą grejpfruta przypomina mi Pamplelunę. Chociaż grejpfruta wcale nie ma - no oczywiście, to gorzka pomarańcza, bergamotka z połączeniu z cedrem! I to ten cedr jest niesamowity. Wali w nos z siłą boksera, jest nieprzejrzysty i cięzki! Charakterny, zadziorny, nie można go nazwać świeżakiem. Jest aż gęsty od tego cedru. A potem przyjemnie osiada na skórze, jak oswojony sokół, strosząc pióra pieprzem, po czym wygładzając je dziobem róży i siana. Coś powoduje, że jest smaczny i zawiesisty jak środek chleba.
Gęsty, nasycony cytrus - ewenement.

Idole de Lubin

Idole de Lubin - bardzo jednostajnie na mnie pachnie, właściwie czuję tylko rum, nie ma szafranu, ani skórki pomarańczy ani pieprzu... gdzieś giną te wszystkie składniki. Po godzinie niestety bez zmian - rum, rum, lody malaga. W sumie bardzo przyjemnie. ale w porównaniu z ostatnio poznanymi niszowcami wypada nieprzyzwoicie blado tą swoją jednowymiarowością. Po dwóch godzinach zapach wysechł i osiadł, jest bardzo dymny i drzewny, kruche słoje drewna, wytrawny i surowy. Pod koniec znów czuję rodzynki w rumie, bardzo długo - niestety przypomina mi też znany zapach kioskowy Whisky. Szkoda, bo wiele się spodziewałam po tej kompozycji, moim zdaniem jest bez polotu i zdecydowanie przereklamowana w niektórych snobistycznych kręgach.
Ale butla arcydzieło!

Zdjęcie pochodzi z serwisu www.luckyscent.com

30.06.2006

Premier Figuier L'Artisan

Premier Figuier L'Artisan.
Nuty-
głowa: liście figowe, kwiat janowca;
serce: mleczko migdałowe, figi, drzewo sandałowe;
baza: mleczko kokosowe, suszone owoce, pinia.

Super! cos kompletnie innego...
prące do góry uderzenie zieleni, takiej roztartej i parujacej w upale. jednoczesnie zapach jest miekki, jak umoszczony na legowisku z kokosowych białych poduszeczek perski kot. a nad tym wszystkim gęsta, zawiesista mgiełka nieco osłodzonej po bardzo swieżym otwarciu zieloności, parującej, jest tu wilgotność ziemi wyganiana ostrym słońcem, najbardziej wyczuwalna tuż przy skórze (zapach z szyi to głównie mleczko kokosowe i migdałowe). w tej mgiełce, którą odczuwam jako drugi poziom zapachu, jest coś bardzo jasnego i odświeżającego, jakby mięta? a może to jakiś sosnowy sok. jednocześnie czuję w niej grubość, gąbczastość skórki owocu, bardzo zmysłowe, aksamitne wrażenie.
zapach czarujący, hipnotyzujący, lekko senny i kompletnie do niczego nie podobny. niebywale trwały.
zdjęcie pochodzi z serwisu www.neimanmarcus.com

19.06.2006

Annick Goutal Eau du Fier

Nuty: chińska, czarna herbata (w typie Lapsang Souchong), gożdziki, wędzona kora brzozy, gorzka pomarańcza, osmantus, kwiat solny (?).

Eau de Fier... skojarzenie jest błyskawiczne i jednoznaczne - pachnie jak zaplecza domów rybaków w Sopocie. Smołowane łodzie, cieżkie, stalowe liny na których przejmująco gra wiatr, stare sieci rozwieszone między palikami jak prace zmęczonego pająka, kryte papą dachy niskich, zakopconych domków, zapadających się w mokry piasek wśród rozpaczliwych pisków mew. Przeżarte solą deski, no i przede wszystkim stół ze wszelkiej maści wędzonymi rybami - od różowych dzwonków łososia po stalowo-czarne brzuchy obłych węgorzy. Ktoś niewidoczny przeciął już cytrynę, jej sokiem będzie chciał ożywić białe mięso. Gorzki smak dymu na pograniczu języka i gardła, ulatująca słodycz napromieniowanej słońcem wydmy, na której już kolejny sezon nieśmiało próbuje urosnąć sosna, trochę dalej na brzegu martwy ptak współczująco lizany falami. Smutny, nostalgiczny zapach znoju, uciekającego w skłębione niebo ciepła, tęsknoty i rozpaczy.
Pod tym wszystkim, głęboko - ożywcza i gorąca czarna herbata, skarb zmęczonych ludzi. Taka iskra ukojenia na zakończenie dnia.
Zapachy kojarzące mi się z morzem wydają mi się jakoś przeklęte, wypełnione po brzegi nienajweselszym, w najlepszym razie nieznanym przeznaczeniem. To samo jest z Nevegarem, podobnie - choć nie aż tak szaro - z Dune.

17.06.2006

Iris Silver Mist Serge Lutens

Nuty: kłącze irysa , cedr, sandałowiec, kadzidło, biała ambra, piżmo, chińska żywica balsamiczna.

W otwarciu ziemisty, prawie że marchwiowy, korzonkowy w sensie czegoś rosnącego głęboko w glebie i ciemności - tyle już napisano o irysie i jego przedziwnym zapachu - ale tu jest absolutnie wyjątkowy, Hiris Hermesa wydaje się przy nim taki malutki...
Potem na pierwszy plan wybija się coraz kwaśniejsza marchew, z charakterystyczną dla niej nutą goryczy - stare warzywa korzeniowe mają w sobie dużo tej woni. Ktoś trafnie porównał tę woń do zapachu rzepy. Te dziwne nuty dość szybko się ulatniają, zapach wybrzmiewa bardzo spokojnie i łagodnie, nie czuję też piżma ani kadzidła, tylko delikatniutki, słodki powiew ambry. Kolejny do kolekcji: "móc wąchać ale broń boże nie pachnieć" :)

Cuir Mauresque Serge Lutens

Nuty: ambra, mirra, palony styrak, kadzidło, cynamon, drzewo aloesowe, cedr, cywet, gałka muszkatołowa, gożdziki (przyprawa), kminek, piżmo, skórka mandarynki, kwiat pomarańczy.

Od początku lekko mdławy i duszny, słodki ale nie cukierkowy orientalny zapach, z delikatną ale bardzo odświeżającą, prześwitującą spod spodu owocową nutą, która niestety szybko zanika. Potem jest już tylko myyyydło i trochę piżma, ale mydło przede wszystkim. To taki charakterystyczny zapach mdłej, może nawet przypalonej skóry, którego tak nie trawię, coś jakby kiepsko zaznaczone piżmo i heliotrop, duszne i mulące. Może to kwiat pomarańczy pomieszany z paloną żywicą? Skład wydaje się piękny, niestety zapach - przynajmniej z wosku - rozczarowuje. Wcale nie czuję cynamonu ani kadzidła, które mogłyby go ożywić.

31.05.2006

nowinki na prowincji

1. AA Goselina. gdybym nie nastawiła się na brak rewelacji to powiedziałabym, że porażka. porzeczek nie czuć prawie wcale, są takie rozmemłane. do tego róża, której nie trawię. paskudny, mdły zapach.
2. AA Tutti Kiwi - no, to trochę lepsze. bardzo kwaśne na początku, bardzo zielone później - kiwi i dużo cytrusów. jednakże bardzo też ulotne, i za mało tych małych, skrzypiących między zębami pesteczek, które mogłyby dodać całości miłego zadziora. ciekawe, mleczno-ostre wykończenie, trochę jak LB, ale mgiełka zaledwie.
3. V d'ete Valentino - nigdy chyba nie znajdę fiołka, który mi się spodoba (trussardi jeans jest najbliżej). tutaj ten piękny kwiatuszek połączono z jakimś cytrusem tak skutecznie, że wyszła z tego z lekka sfermentowana kupa. nie mogłam wprost uwierzyć. po godzinie ta hybryda znika, zapach jest dość nijaki... i trwałość skandaliczna, po dwóch godzinach nie ma już prawie nic poza bliżej nieokreśloną, kwiatową świeżością!
4. Summer Mania Armani. no to mamy hicior. w Douglasie ostał się tylko wypsikany do połowy tester, wszystkie 8 flakonów jakie mieli zeszło na pniu. zapach poprawny, przyjemny, i kompletnie nie zapadający w pamięć. rzeczywiście daje się zauważyć podobieństwo do woni kremu Nivea. przeźroczysty, lekki, nieinwazyjny, absolutnie nie polecam :D


zastanawiam się, co poza reklamą skłania panią x do wyboru właśnie na przykład manii a nie v d'ete. różnica jest taka jak między herbatą z krzaczka 1 a herbatą z krzaczka 2 rosnącego tuż obok.

29.05.2006

kolekcja - stan na koniec maja

Alexander McQueen Kingdom 10
Bvlgari Eau Parfumee au The Blanc 40
Bvlgari Eau Parfumee Extreme 30
Cacharel Anais Anais 30
Calvin Klein Escape 15
Calvin Klein Obsession 50
Carolina Herrera Carolina 50
Carven Ma Griffe 30
Celine Oriental Summer 50
Cerruti Image 75
Christian Dior Addict 50
Christian Dior Dune 50
Christian Dior Eau de Dolce Vita 100
Christian Dior Hypnotic Poison 50
Christian Dior J'adore 50
Christian Dior Tendre Poison 30
Costume National Scent 100
Costume National Scent Intense 100
Davidoff Goodlife 30
Donna Karan Cashmere Mist 50
Elizabeth Arden 5th Avenue 15
Ellen Tracy Ellen Tracy 50
Escada Margaretha Ley 30
Escada Que Viva 30
Estee Lauder Youth Dew 28
Giorgio Armani Mania 100
Giorgio Armani Mania 100
Givenchy Eau Torride 100
Givenchy Organza 30
Givenchy Organza Indecence 100
Gucci Eau de Parfum 30
Gucci Envy 30
Guerlain Anisia Bella 125
Guerlain L'Heure Bleue 50
Guerlain Mahora 75
Guerlain Pamplelune 75
Guerlain Shalimar 75
Guerlain Winter Delice 125
Helmut Lang EdP 50
Hermes 24, Faubourg 50
Hermes Caleche Eau Delicate 50
Issey Miyake Le Feu 75
Jesus del Pozo Helloween 50
Jil Sander Sensations 40
Kenzo Jungle Elephant 50
Kenzo Jungle Tigre 100
Kenzo Jungle Tigre 50
Kenzo Le Monde Est Beau 50
Kenzo L'eau par Kenzo 100
Lalique Flora Bella 50
Lanvin Oxygene 50
Mont Blanc Presence d'une Femme 10
Montana Just Me 30
Nina Ricci Belle de Minuit 50
Nina Ricci Cherry Fantasy 50
Orlane B21 100
Oscar de la Renta Intrusion 25
Pollena Eva Eva 30
Sarah Jessica Parker Lovely 30
Serge Lutens Ambre Sultan 50
Shiseido Feminite du Bois 50
Shiseido Zen 50
Thierry Mugler Angel Innocent 25
Vanderbilt Gloria Vanderbilt 30
Victor&Rolf Flowerbomb 50
Yohyi Yamamoto Yohyi Yamamoto 75
YSL Nu 50
YSL Opium Fleur de Shanghai 100

ku mojemu zdziwieniu flakonow wcale nie jest mniej, choc dam glowe, ze sporo sprzedalam i wieloma sie wymienilam. coz, ludzie uzaleznieni czesto sie ludza :)

24.05.2006

Scent Gloss - niegodny swego imienia

Zastanawia mnie, co skłania człowieka, który tworzy i wypuszcza na rynek takie arcydzieła jak trójka Scentów (klasyczny, Intense i Sheer) do wyprodukowania tego czegoś, czym jest Scent Gloss. Miałam próbkę tegoz i dzielnie postanowiłam ją zmóc. na raz się nie dało, dwa razy również okazały się niewystarczające, dziś był ten trzeci i postanowiłam skońćzyć z tym raz na zawsze - psików było koło 10, ale myślałam, że takie lekkie pachnidło krzywdy mi nie zrobi nawet w takiej ilości. No i myliłam się... najlepsze skojarzenia jakie miałam to te związane z jakimiś marnymi wodami z drogerii za 10 złotych - z tym że te potrafią przynajmniej pachnieć zdecydowanie, a to było nie dość że mdłe i nijakie, to jeszcze takie kompletnie pozbawione charakteru... i niepodobne do rodziny, kompletnie! czuję w tym tylko rozwodnioną, rozmydloną różę na różu, nic więcej! Paskudztwo niewypowiedziane, i tak psujące cały image Scentów, że autentycznie płakać się chce. A jednak ktoś to kupuje, i pewnie nawet komuś się podoba. Różowy kolor? Zerowa inwazyjność i nikłe odróżnianie się od tła? Tylko po co w takim razie w ogóle są perfumy?

19.05.2006

limitowanki Opium - Fleur de Shanghai i Fleur Imperiale

Oba bardzo do siebie zbliżone, oczywiście przypominają równiez klasyka. długo wahałam się, którą wersję kupić, zdecydowałam się na Shanghai i nie żałuję - jest bliższy oryginałowi, bardziej korzenny, wyrazistszy i bardziej esencjonalny niż Fleur Imperiale. niemniej uważam, że ten ostatni to doskonała propozycja na lato, zachowująca niesamowitą magnetyczność Opium, a jednocześnie bardziej niż FdS kwiatowa, miękka i świeża, może też odrobinę bardziej pudrowa. naprawdę może się podobać! trwałość obu - porównywalna, czyli bardzo dobra, mam je od rana na nadgarstkach w ilościach minimalnych (około 1 psik), przetrwały już prace kuchenne, ogrodowe, jak również zmianę ubrania - i nadal świetnie je wyczuwam, włącznie z niuansami.

26.04.2006

Allure Sensuelle Chanel

dziś zrobiłam trzecie podejście i utwierdzam się w przekonaniu, że wreszcie Chanel zrobił coś dla mnie - świetny, piękny, elegancki zapach, stonowany, nie za słodki, nie za ostry, powiedziałabym, że idealny prezent dla kogoś, kogo nie znamy (oczywiście umownie, bo wiadomo, że tak się nie powinno robić). lezy na mnie długo i spokojnie, delikatnie emanując i wibrując. wyczuwam go lekko,
leciusieńko, być może to kolejna argument za tym, że do siebie pasujemy. duża niespodzianka, tym milsza, że klasyka nie cierpię.

17.02.2006

update

Pozwoliłam sobie na zaktualizowanie mojej listy - coś mi przybyło a i okazało się, że o czymś oczywiście zapomniałam - skutek trzymania zapachów w 4 różnych lokalizacjach.

5.02.2006

Czyżby powrót do życia?

Dziś byłam w stanie w końcu zinwentaryzować moją kolekcję. I od paru zapachów nawet mnie nie odrzuciło! Oto rezultat:

  1. Alexander McQueen Kingdom 10
  2. Bvlgari Eau Parfumee au The Vert 40
  3. Bvlgari Eau Parfumee au The Blanc 40
  4. Bvlgari Eau Parfumee Extreme 30
  5. Bvlgari Eau Fraiche 40
  6. Cacharel Anais Anais 30
  7. Calvin Klein Escape 15
  8. Calvin Klein Obsession 50
  9. Carolina Herrera Carolina 50
  10. Carven Ma Griffe 30
  11. Celine Oriental Summer 50
  12. Cerruti Image 75
  13. Christian Dior J'adore 50
  14. Christian Dior Eau de Dolce Vita 100
  15. Christian Dior Tendre Poison 30
  16. Christian Dior Hypnotic Poison 50
  17. Christian Dior Addict 50
  18. Christian Dior Dune 50
  19. Costume National Scent 100
  20. Costume National Scent Intense 100
  21. Davidoff Goodlife 30
  22. Donna Karan Cashmere Mist 50
  23. Elizabeth Arden 5th Avenue 15
  24. Ellen Tracy Ellen Tracy 50
  25. Escada Que Viva 30
  26. Escada Margaretha Ley 30
  27. Estee Lauder Youth Dew 28
  28. Giorgio Armani Mania 100
  29. Giorgio Armani Mania 100 eau tonique
  30. Givenchy Eau Torride 100
  31. Givenchy Organza 30
  32. Givenchy Organza Indecence 100
  33. Gucci Eau de Parfum 30
  34. Gucci Envy 30
  35. Guerlain Anisia Bella 125
  36. Guerlain Pamplelune 75
  37. Guerlain Winter Delice 125
  38. Guerlain Mahora 75
  39. Guerlain Shalimar 75
  40. Sarah Jessica Parker Lovely 30
  41. Helmut Lang EdP 50
  42. Hermes 24, Faubourg 50
  43. Issey Miyake Le Feu 75
  44. Jesus del Pozo Helloween 50
  45. Jil Sander Sensations 40
  46. Kenzo Le Monde Est Beau 50
  47. Kenzo L'eau par Kenzo 100
  48. Kenzo Jungle Elephant 50
  49. Kenzo Jungle Tigre 50
  50. Lanvin Oxygene 50
  51. Mont Blanc Presence d'une Femme 10
  52. Montana Just Me 30
  53. Montana Blu 30

  54. Nina Ricci Belle de Minuit 50
  55. Orlane B21 100
  56. Oscar de la Renta Intrusion 25
  57. Pollena Eva Eva 30
  58. Prada Prada intense 50
  59. Serge Lutens Ambre Sultan 50
  60. Shiseido Zen 50
  61. Shiseido Feminite du Bois 50
  62. Thierry Mugler Angel Innocent 25
  63. Vanderbilt Gloria Vanderbilt 30
  64. Yohyi Yamamoto Yohyi Yamamoto 75


Do tego ponad 30 miniaturek i nie wiem ile próbek... ale i tak nie jest tak źle jak myślałam, tylko 66 pełnowymiarowych flakonów - nie jest aż tak źle z moim nałogiem. Choć to szatańska liczba, hehe :)

31.12.2005

Zapachowy trup

Myślałam, że już mam z górki, wydawało mi się, że nadwrażliwość mija - niestety były to złudzenia. Kilka dni temu kontrolnie zaordynowałam dwa psiki Caroliny na okolice brzucha - żeby nie było za blisko nosa i nie drażniło tak bardzo jak wtedy, kiedy zapach jest za uszami i na szyi - no i kompletna porażka, mdliło mnie przez cały dzień, jeszcze długie godziny po zmyciu zapachu, a przecież to taki wesoły, owocowy, optymistyczny koktail! Niestety nawet to dla mnie jest za dużym wyzwaniem. Smutne to dla mnie bardzo, czuję się ogołocona z części mojego świata, perfumy na półce patrzą na mnie z wyrzutem, a ja usilnie unikam tych spojrzeń. Wiem, że to minie, ale jakoś kompletnie mnie to nie pociesza w sytuacji, kiedy o perfumach nawet czytać nie mogę bez lekkiego, nieprzyjemnego odczucia na ranicy przełyku i żołądka...

12.12.2005

Wątpliwe uroki ciąży

Pierwszy trymestr - czas tworzenia i rozwoju wszystkich najważniejszych struktur małego człowieczka - trwa. Wraz z nim utrzymuje sie u mnie nadwrażliwość na zapachy - i te zamknięte we flakonach, i te jak najbardziej kuchenne - obsesyjnie wietrzę po byle smażeniu czy gotowaniu. Węch mam potwornie wręcz wyostrzony, do tego stopnia, że dziś uciekłam z perfumerii, mimo że nie psiknęłam ani jednego nadgarstka. Wystarczyło powąchać z daleka atomizer Prady, o której naprawdę chciałam - porównawczo z Pradą Intense - napisać. Nic z tego, przynajmniej na razie. Pozostają rozważania teoretyczne i posiłkowanie się pamięcią - choć nawet tak abstrakcyjne pisanie sprawia, że czuję się strochę gorzej. Na szczęście za jakieś 3 tygodnie zaraza powinna ustąpić :)
Swoją drogą, okazuje się że tak wrażliwy węch nie jest absolutnie zaletą "nosa" - wręcz uniemożliwia mu pracę i działanie.

22.11.2005

Shalimar

Chcę napisac parę słów o Shalimar i jego dużo młodszym bracie - Shalimar Light. Dlaczego? Po pierwsze: mało jest zapachów, które po tak długim okresie życia mają jeszcze siłę istnieć - a ten nie dość że jest, to w dodatku ma się wyśmienicie, i jestem pewna, że przeżyje 95% obecnych sephorowych top-sellersów! Po drugie: to znakomity zapach, jak to ktoś trafnie na wizażu określił - bezczasowy, bo ząb czasu nie robi mu żadnej krzywdy, tylko bezskutecznie stara sie go chwycić i tępi się na nim, i ta nieudolność w moich oczach wręcz podkreśla Shalimarową szlachetność i wyrafinowanie - 80 lat temu świat był naprawdę inny, a jednak są takie pachnące wysepki przeszłości, które ciągle potrafią zachwycić nas, wysmakowanych, 21-wiecznych perfumaniaków, i taką właśnie wyspą wyłaniającą się z morza codziennych świeżaków, wtórnych orientów i tchnących myszą dioromutantów jest Shalimar. Po trzecie wreszcie - Shalimar ma znamienite rodzeństwo (coś ostatnio lubuję się w rodzinnych koneksjach ;) ) - rzadko zdarza się, aby wersja Light jakiegokolwiek klasyka dorastała mu choćby do pięt - tu jednak mamy do czynienia z osobnikiem może zupełnie innym, oczywiście dużo młodszym , ale jednak podobnego formatu.
Klasyk wita mnie z nadgarstka nutą garbarni - bo nie jest to jeszcze gotowa skóra, to dopiero z lekka odrażający, natarty olejkami półprodukt, któremu nawet nie śniło się o pokrewieństwie z Daim Blond. Mistrzowska ręka twórcy szybko jednak zaokrągla tę zawiesistą, burzową chmurę czymś miekkim i tłustym, co wygląda trochę jak heliotrop, a trochę jak śmietanka. Zza chmury od początku prześwitują promienne cytrusy, z niezastąpioną, klasyczną bergamotką na czele oraz zdecydowanie orzeźwiającą cytryną w ariergardzie. W tle jeży sie cedr. I taki jest początek - nieco ostry, kłujący, a jednocześnie już obiecujący kobiercową miękkość serca. Shalimar przeistacza się w zapach gorzkawy, zdecydowanie mroczny, który mimo skórzanych, surowych nut podąża konsekwentnie w stronę słodyczy. Równowagę osiąga dzięki tonce i wanilii, nosicielom łagodności. Z czasem coraz bardziej przypomina miękki, skórzasty, mięsiesty i gruby aksamit. Samo się myśli, że żywy :)
Kiedyś napisałam: "Końcówka - dodam, że długa, bo zapach trwa na ubraniu nawet po trzech dniach - jest najlepsza: słodka, zniewalająca, przytulna i rozkoszna. Cała mam ochotę się w niej nurzać" - i musze to podtrzymać, z małym dopiskiem: trzeba uważać, gdyż pod grubą warstą ciemnego materiału wciąż czai się wręcz bestialski akord skórzany - gdy ciepło chuchnę na skórę, wręcz mnie zatyka. Myślisz, że obłaskawiłeś drapieżnika? Nic bardziej błędnego. On chce, żebyś tak myślała... A w głowie coś szepcze: ogrzej go!niech pokaże pazur! niech warknie na ciebie! Klasa.
Co innego Shalimar Light: technika pozwoliła człowiekowi lat dziewięćdziesiątych i późniejszych produkować najrozmaitsze hybrydy - zapach człowieka, zwierzęcia, rośliny, robota, przedmiotu... Nie umiem jednoznacznie wpisać lekkiej wersji do jakiegoś królestwa czy porządku, jest na to zbyt abstrakcyjny. Na uwagę zasługuje fakt, że Mathilde Laurent udało się w nim wiernie odtworzyć piramidę klasyka, bez wpadnięcia w pułapkę kopiowania zapachu. Tu rzeczywiście - jak rzadko - można mówić o nowoczesnej reinterpretacji. Tak więc w głowie mamy wyraźną nutę cytrusową: skórkę pomarańczy, olejek z tej skórki, a chyba nawet z cytrynowej. Zapach jest znacznie bardziej łagodny, delikatny i jaśniejszy niż klasyk, to nie chmura olejków, to leciutki areozol na błękicie czystego powietrza. Skojarzenie z barwą flakonu jest nieuniknione... Jednocześnie Light ma wyraźniej zaznaczone krawędzie, to nie ciemne plamy koloru czynione grubym pędzlem, to raczej kąty proste nowoczesnej architektury. Słodycz jest tu także ostrzejsza, wyrazistsza, na pierwszym planie, jak biała wata cukrowa na patyku. Zapach dużo prostszy, mniej złożony (co nie oznacza, że gorszy), przez co przejrzystszy, dużo delikatniejszy, słodszy, no i zdecydowanie mniej w nim tej niebezpiecznej skóry, choć część zwierzęcości udało się uratować dzięki bazowej ambrze.
Życzę sobie więcej tak udanych wariacji na temat klasyków, choć być może tajemnica powodzenia zapachowych sequeli tkwi właśnie w klasykach - z nieudanego i boski Serge nie ukapie nic godnego uwagi.

9.11.2005

Scent

Rodzina Scentów jest moją wielką tegoroczną miłością, największą, i strasznie jestem szczęśliwa, że je odkryłam. Oczywiście piszę tu jedynie o wielkiej trójcy, Scent Gloss chyba w ogóle nie powinien był powstać, jest płaskim, słodkawym "kwiatuszkiem", zradzającym całą ideę Scentów (moim zdaniem jest nią ich "czarno-białość" plus uniseksualność, co komuś przyszło do głowy, żeby wciskać w tę doskonałość damski róż?), więc wybaczcie, ale nie poświęcę mu tu więcej ani słowa.
Zacznę od klasyka. Gdy o nim myślę, wiedzę ażurową konstrukcję z cieniutkich prętów, wśród której hula wiatr - a pręty grają. Gdyby Scent byl instrumentem, byłaby to harfa, którą słyszy się wyraźnie, choć z oddali. Zapach na mnie jest bardzo intymny, dyskretny, w czym nieco przypomina mi Narciso Rodrigueza - ale nie ma mowy o nietrwałości, jest na mnie cały dzień (choć dość szybko się do niego przyzwyczajam). Im więcej psików aplikuję, tym wyrazistszy jest początkowy akord roślinny, który roboczo nazywam "sokiem z łodygi" - to taki przejrzysty, rzadki płyn, pachnący życiem, zielonością, liśćmi. Zgaduję, że to pewnie mieszanka jaśminowej herbaty i tajemniczej "mother-of-pearl hibiscus" - zupełnie nie wiem, co to może być ta macica perłowa hibiskusa, ktoś wie? Mam w domu hibiskusa i żadnej macicy nie zauważyłam. Póki co myślę sobie, że to jakiś szczególnie gęsty ekstrakt czegoś z w.w. hibiskusa.
W ogóle jeśli chodzi o nuty, to mało który zapach ma tak pokręconą przynależność do rodziny zapachowej. Na osmozie twierdzą, że to kwiatowo-jaśminowy zapach - imo totalna bzdura, nie dość że takich nie cierpię, to nawet mało wprawny nos Scenta do takiej grupy nie zaliczy. Ja najwyraźniej wyczuwam w nim kadzidło i ambrę, oba składniki niesłychanie delikatne, lekkie jak piórko. To nie jest nic w rodzaju: bierz mnie, jestem seksowna! Nie! Scent jest wysoko ponad podziałem płciowym, wręcz się z niego naśmiewa (dlatego tak nie pasuje mi różowa wersja, która jest ewidentnie "dla kobiet"). Jego androgyniczność współtworzy w dużym stopniu jego nowoczesność.
Inne źródła podają, że Scent to zapach drzewny czy też orientalny. Z pierwszym się zgadzam, z drugim niekoniecznie, mimo obecności ambry. Orient jednak kojarzy się z przepychem i słodkością, a Scent jest minimalistyczny, ascetyczny wręcz. Dzięki niewielkiej ilości akordów można się po nim "rozejrzeć", właśnie stąd mam to wrażenie ażurowej, przestrzennej konstrukcji - a zapachy orientalne odbieram raczej jako mgliste, zacienione, gęste.
Kończąc tę pieśń pochwalną na temat Scenta muszę jeszcze powtórzyć to, co już pisały dziewczyny - to niesłychanie uniwersalny zapach (przebija nawet Desnudę), nosiłam go wiosną, latem, teraz tez mi się zdarza (właśnie go niuchnęłam i chyba już wiem czym będę dziś pachnieć) - to jedyne kadzidło, które tak znakomicie sprawdzało się nawet w letnie dni. Na wieczór, kiedy nie chcę się nikomu rzucać w nos - również jest idealny (co nie znaczy, że nikt nie czuje, że pachnę). Zdobył moją półkę przebojem, nie wyobrażam sobie jej bez niego... Ma niesłychaną zdolność przebijania się prosto do jądra mojego umysłu, któremu przynosi natychmiastowy spokój, ukojenie - no i przyjemność :)
Scent Intense - wszędzie piszą, że to mocniejsza wersja Scenta, w której największy nacisk położono na ambrę, jest w nim tez nieco paczuli. Dzięki temu zapach jest bardziej "energetyczny", niewątpliwie bardziej męski (w stereotypowym ujęciu oczywiście) - ale ciągle podobny w konstrukcji do Scenta. Powiedziałabym, że zbudowano go z grubszych, solidniejszych prętów, przez co wydaje się bardziej silny, tęższy. Nie oznacza to, że nadaje się wyłącznie na wieczór - nosiłam go również w letnie dni i sprawdził się znakomicie. Co ta rodzina w sobie ma, że mimo kadzidła jest tak ożywcza, tak chłodna w jakimś sensie? To ten wiatr hulający między żebrami budowli :)
Scent Sheer jak zauważyłam jest powszechnie uznawany za nieudany - mam skrajnie inne odczucia, bo w testach porównawczych przez większość czasu podoba mi się najbardziej. Ma najwdzięczniejszą, najbardziej delikatną i urzekającą nutę serca. To już nie pręty, ale wręcz pajęcze sieci tworzą tę kompozycję. Lekkość zawdzięcza dominującemu w nim akcentowi jaśminowej herbaty (którą zresztą bardzo lubię pić), przez który od początku prześwitują ultralekkie ambra i piżmo. W założeniu miał być wersją letnią Scenta, imo jest równie uniwersalny jak dwie starsze siostry, choć pewnie wiele osób będzie narzekać na jego trwałość - jest bardzo subtelny, można odnieść wrażenie że szybko znika, na mnie tak nie było - trwał długie godziny, jak echo.
Podsumowując: świetna, podobna do siebie a jednak pełna różnic, graficznie czysta rodzina zapachów.
Scent to typowy klasyk - widać i czuć, że to od niego zaczęła się praca, że to on jest najpełniejszym ucieleśnieniem konceptu. Spośród trzech ma najpiękniejszą nutę głębi. To pierworodny.
Intense wydaje mi się najbardziej bezpośredni, taki prosto w twarz, kawa na ławę - od razu pokazuje kim jest i może dlatego najczęściej to od niego zaczyna się zauroczenie.
Sheer to chyba najmłodsze dziecko - nieśmiałe, trochę zahukane, najwyższe i najszczuplejsze z rodzeństwa, o cichym, lecz pięknym głosie.

30.10.2005

I znów - jako że utrzymuje mnie wstrętny kapitalista ;) - przez parę dni mnie nie będzie. Ale wrócę! Mam dużo do napisania :)

Anioł Cierpliwy

Czy jest taka strona o perfumach, na której nie byłoby słowa o Angel TM? Ciężko sobie wyobrazić, że ktoś mógłby pominąć klasyka. I ja się nie wyłamię.
Wiele razy pisałam o moim pierwszym z Nim spotkaniu - byłam wtedy pierwszy raz w Lyonie. Obce miasto, ja za granicami mocno siermiężnej jeszcze RP bodaj drugi raz. Listopad, na szczęście francuski, ale i tak ponury. Perfumeria wydawała mi się miejscem nie z tego świata, tyle flakonów, tyle światła! Własnie błękitną gwiazdę wzięłam z zaciekawieniem do ręki - była inna niż wszystko. Mgła z atomizera wylądowała na nadgarstku dość obficie. A po pięciu minutach chciałam zdrapać ją z ręki, jeśli trzeba to ze skórą, tak przerażające było to, co czułam. Łzy w oczach, roztrzęsienie, dławiące uczucie strachu w gardle. To wtedy pierwszy raz poczułam zapach śmierci. I przez kolejnych kilka lat uciekałam przed nim, robiłam uniki - cały czas pastwiąc się nad nim w recenzjach, tępiąc go wszelkimi możliwymi środkami, żeby wreszcie przestać obawiać się zagrożenia, które przecież mogło nadejść w każdej chwili, z każdej strony.
W pewnym momencie swojego życia poczułam się na tyle silna, żeby znów się z nim zmierzyć. Rezultat tej konfrontacji rozczarował mnie (jak wszystko niemal w świecie perfum na przestrzeni ostatnich kilku lat) - spodziewałam się kolejnej eksplozji obrzydzenia, albo - bo niezbadane są drogi Królestwa Olfaktorii - krańcowego uwielbienia! Tymczasem nie czułam nic poza letnią akceptacją - stąpającą po wąskim gzymsie niedowierzania, ale jednak. Tamtego dnia przestałam się bać.
Kolejne testy były koniecznością - porównałam Angela z Lolita Lempicką w wersji EdP, i ku mojemu zdumieniu Anioł wygrał wyraźnie. Byłam zaskoczona, bo wcześniej ceniłam Lolitę, a przy Aniele wylazła z Niej cała płaskość i barbie'owatość, a ów słynny fiolet okazał się mdłym różem sprytnie zamaskowanym niebieskością. Taaak, przy błękicie gwiazdy Lolita wyraźnie straciła na tajemniczości.
I tak, krok po kroku, oswoiłam potwora. Choc bardziej adekwatne wydaje mi się określenie go jako demona, czy ducha.
Piszę, że to ja go obłaskawiłam, ale może to on cierpliwie mnie wzywał przez te lata?
Niedawno od mojej perfumowej przyjaciółki dostałam malutki balsam do ciała - tak na spróbowanie - i poczułam się w nim na tyle słodko, że zechciałam mieć gwiazdkę dla siebie. Maleńką, ale pełną niebiańskiej esencji. Potem z nieba spadła mi druga... i tak to sie toczy. Tak dziwnie się plecie w moim zapachowym życiu. Bo to pewnie wcale nie jest koniec tej historii - przecież Anioł jeszcze nie raz poruszy skrzydłami.